Bill and Tom Kaulitz Twincest

Bill and Tom Kaulitz Twincest

15 marca 2014

Jak Yink i Yank 4

Rozdział 4

"Human Connect to Human"

Znów to samo. Jestem dziecinny, do tego naiwny. Co rano łudzę się... Ale teraz przynajmniej to brat będzie mi wszystko uświadamiał. Nie jakaś fałszywie miła baba z bidula. Wszystkie dzieciaki mają tam w dupie. Mam nadzieję, że to co mówi Tom jest prawdą. Inaczej się stąd wyprowadzam. Do babci. Do tego jeszcze rozbeczałem mu się jak 5letni dzieciak. Pewnie miał z tego później niezły ubaw. Niby mnie przytulił, ale... przecież ja go w ogóle nie znam. Śmierć naszych rodziców nie zrobiła na nim większego wrażenia. Niby pojawił się na pogrzebie, ale nie wydawał się być specjalnie tym zainteresowany. Nawet się do nikogo nie odezwał, do mnie to już w ogóle. Może jeszcze wtedy nie wiedział... A może zwyczajnie nie czuł się związany. W każdym razie na stypie już go nie było.
Kilkanaście minut później siedziałem już w kuchni. Dostałem obiad.
- Zawsze tak długo śpisz? - zapytał siadając obok. Przełknąłem ryż curry.
- Nie, w domu wstawałem wcześniej. - mruknąłem. Moja mina musiała być nieciekawa bo poczułem jego dłoń na ramieniu. Spojrzałem na niego. Milczał przez chwilę, a potem...
- Billy, ja wiem, że ta sytuacja jest dla ciebie trudna...
- A dla ciebie nie? - wpadłem mu w słowo. - To byli również twoi rodzice...
- Moi rodzice byli tymi, którzy mnie wychowali. - teraz on mi przerwał. - Ty...
- Widać, że ich nienawidzisz, dlaczego wziąłeś mnie do siebie? - znów wszedłem mu w eter ostrzejszym tonem. Westchnął.
- To nieprawda, po prostu... Nie chcieli mnie, nie próbowali mnie odnaleźć. A ja czekałem, Billy. Oczywiście tylko do pewnego momentu. - widziałem, że nie leży mu ten temat.
- To nie tak, że nie chcieli cię odnaleźć. - zacząłem, ale na moment umilknąłem, widząc jego kpiącą minę. - Po prostu wiedzieli, że zostałeś adoptowany, nie chcieli burzyć ci całego świata...
- Billy, skarbie, chyba sam nie wierzysz w to co mówisz. Skąd możesz to wiedzieć, co?
- Psycholog mi powiedziała. - parsknął smiechem.
- Billy, oprzytomnij. Twoja babcia przez cały czas kiedy siedziałeś na tym zadupiu słowem się nie odezwała na mój temat. Mam rację? - uśmiechnął się na moje milczenie. - Sam widzisz. - jakby nie było to miał rację. Nie odzywałem się. - Muszę uświadomić cię jeszcze o jednej rzeczy. - spojrzałem na niego. - Twoja ukochana babcia za wszelką cenę starała się, żebyś się tylko o mnie nie dowiedział. Ale ja już wiedziałem o tobie, więc było już za późno. Żyłeś w kłamstwie, braciszku, taka jest prawda. - stwierdził.
- Nie próbuj mnie nastawiać...- zacząłem ostro.
- Nie nastawiam cię, Bill, sam zdecydujesz co z tym zrobić. - powiedział i pogłaskał mnie po twarzy. Zamrugałem. Przeszedł mnie taki... przyjemny dreszcz. Ale nie rozumiałem jego istoty. Przecież to tylko braterski dotyk. Spuściłem wzrok na swoje kolana.
- Jesteś moim bratem, niczemu nie jesteś winien, nie będę cię niczym obarczał za coś, na co nie miałeś wpływu. - powiedział.
- Sam w to nie wierzysz. - powtórzyłem jego słowa. Pokręcił głowa.
- Nie, Bill, wiem co robię. - wstał od stołu. - A teraz ku wzajemnemu poznaniu - zaczął znów z wesołą miną. - Oboje mamy wolny dzień, więc może obejrzymy razem jakiś film? - byłem lekko zdziwiony tą nagłą zmianą tematu.
- No, w sumie, czemu nie... - zacząłem niepewnie.
- OK, to wybierz coś co ci się spodoba, a ja polecę szybko do sklepu po popcorn i colę, ok? - zgodziłem się i w czasie gdy on poszedł do sklepu ja przeniosłem się do salonu. Zacząłem grzebać w stosie DVD i znalazłem film o miłości. Pełno tam miał horrorów, ale ja już swój horror przeżywałem, wolałem coś łagodnego. Usiadłem wygodnie na sofie, zastanawiając się ile czasu zajmie mu droga.
Minęło 15 minut. Stwierdziłem, że zaraz powinien być. Minęło następne 10. A jego nie ma. Zacząłem się wiercić na tyłku. Ile można isć  do sklepu i z powrotem...
Pół godziny, a jego nie ma. Teraz zacząłem się denerwować. Gdybym ja poszedł do tego sklepu byłoby o wiele szybciej...
40 minut. Teraz już słyszę łomot serca w uszach. Jeśli jemu też coś się stało, nie wytrzymam. Wstałem z miejsca i zacząłem chodzić w kółko. Nie umiałem ustać w miejscu.
45 minut. Teraz już zacząłem się trząść. Chodziłem wciąż w te i z powrotem. Łzy zbierały mi się powoli w oczach.
Byłem cały roztrzęsiony, kiedy  W KOŃCU  drzwi do domu się otworzyły. Zerwałem się z miejsca i wyleciałem na korytarz. Trzymał w ręce siatkę z tym popcornem i colą.
- Coś ty robił tyle czasu?! I gdzie ty po to byłeś, w Warszawie?! - zamrugał zdziwiony moim zachowaniem.
- Spokojnie, młody, spotkałem kumpla i trochę się zagadaliśmy...
- Zagadaliście się, kurwa, godzinę?!
- Jaka godzina, młody, o co ci chodzi?!
- O GÓWNO!! - krzyknąłem i wyrwałem z powrotem do salonu wściekły. On nic nie rozumie! Chwile potem zjawił się obok mnie i rzucił torebkę na stół.
- Młody, ty masz naprawdę jakieś zajebiste wahania, jak baba, myślałem, że jesteś bardziej zrównoważony! - teraz on podniósł głos.
-  GDYBYŚ W JEDNEJ CHWILI STRACIŁ CAŁĄ RODZINĘ, A POTEM PRZEZ 45 MINUT ZASTANAWIAŁ SIĘ CZY KOSZMAR JESZCZE SIĘ NIE SKOŃCZYŁ I CZY NIE STRACIŁEŚ JESZCZE TEGO LEDWO POZNANEGO BRATA, TEŻ BYŚ BYŁ NIEZRÓWNOWAŻONY!!! -  wrzasnąłem. Zamilkł i spojrzał na mnie szeroko otwartymi oczami. Ja sam dysząc z wściekłości usiadłem z powrotem na kanapie. Po chwili poczułem jak siada obok i mnie obejmuje. Zareagowałem impulsywnie.
- Zostaw mnie, i tak gówno obchodzi cię co czuję! - wrzasnąłem znowu. Poderwałem się z miejsca, nadal próbował mnie złapać. Zacząłem krzyczeć i się wyrywać. Przycisnął mnie mocno do siebie krępując tym samym nieco moje ruchy. Jednak nie przeszkodziło mi to, żeby wrzeszczeć. Wydzierałem się w niebogłosy, aż... Zamknął mi usta... pocałunkiem! Znieruchomiałem momentalnie. Z szeroko otwartymi oczami wpatrywałem się w jego zamknięte.

11 marca 2014

19. Pierwsze kłopoty

Tom

Nie mogłem patrzeć na moich rodziców… z resztą kto tu jest czyim rodzicem to dość skomplikowana sprawa. Skończyły się wspólne obiady, rozmowy przy kakao, spacerki wieczorami… Jeśli chciało mi się jeść, schodziłem na dół, przygotowywałem sobie kanapkę i wracałem do siebie nie odzywając się ani słowem. Kiedy miałem ochote na kakao, robiłem je i też wracałem do siebie. Widziałem, że matkę bardzo boli cała ta sytuacja, ale to nie była przecież moja wina. Zapracowali sobie. Naprawdę nie miałem pojęcia co oni sobie wyobrażali… kiedy nam powiedzieli o wszystkim, że nagle staniemy się jedną wielką rodziną czy co? Bo naprawdę nie rozumiem. Sprawa byłaby o wiele prostsza gdyby nie to, że ja i Bill… zakończenie tego nie wchodziło w grę. Oboje to wiedzieliśmy. Prędzej damy się zlinczować.
Bill bardzo to wszystko przeżywał. Znalazł sobie jednak pewne wyjście z tego gówna. Bardzo kocha rodziców, ale tak jak ja nie potrafi już z nimi żyć tak jak dawniej. Tyle, że ja mam nieco inny charakter i po prostu mam na swoich wyjebane. Kiedy matka coś mówi, moja odpowiedź składa się z dwóch słów. ‘No, mhm.’ A Bill na całe dnie znika z domu. Chodzi gdziekolwiek byleby tylko jak najmniej czasu siedzieć w tym cyrku. Większość czasu z tego spędza ze mną, ma się rozumieć. Spotykamy się na mieście, ostatnio nie mamy warunków na … coś innego. Nasi starzy chyba przyrośli do tych taboretów. Musimy zadowalać się maleńkimi pocałunkami, gdzieś w głębi parku, gdzie nikt nas nie widzi. Gdybyśmy wiedzieli, że zostało nam tak mało czasu, wykorzystalibyśmy ten czas o wiele lepiej.
Któregoś dnia po powrocie ze szkoły pisałem z Billem. Nie dość, że widziałem go od rana do 14 to potem jeszcze pisaliśmy całe popołudnie. Ale brakowało nam siebie cały czas. Dosłownie przypadek sprawił, że rozpętała się wojna…
Zwykle nie zostawiałem telefonu na wierzchu. Zawsze mam go przy sobie, a już na pewno od momentu kiedy zacząłem chodzić z Billem. Ale tego jednego pieprzonego razu zostawiłem telefon na biurku. Wyszedłem bo na domowy zadzwonił kumpel z klasy z pytaniem o lekcje. Nie było go dzisiaj w budzie. Rozmawialiśmy jakieś 15 minut. Wystarczyło, żeby matka przeryła mi telefon.
Kończyłem właśnie rozmawiać, kiedy zbiegła blada jak ściana po schodach. Kiedy na nią spojrzałem od razu się domyśliłem, że coś jest nie tak, ale nie myślałem, że grzebała w mojej prywatnej rzeczy. Co jak co, ale miałem do niej jeszcze troche zaufania, nigdy wcześniej tego nie robiła. A przynajmniej ja o tym nic nie wiem. Odłożyłem słuchawkę na miejsce i popatrzyłem na nią. Czułem, że coś się kroi…
- Co się stało? – zapytałem oschle. Bez przesady. Widać było, że coś naprawdę wyprowadziło ją z równowagi. Patrzyła na mnie tak jakby widziała mnie pierwszy raz w życiu. – Co się stało… - powtórzyłem głośniej, ale weszła mi w eter.
- Chodź do salonu. – powiedziała tylko i ruszyła. Nie myśląc wiele ze zmarszczonymi brwiami poszedłem za nią. – Siadaj. – powiedziała stając naprzeciw mnie.
- Dzięki, postoję. – odbiłem.
- Dobrze, więc stój. Ale wytłumaczysz mi się z czegoś. – powiedziała patrząc na mnie uważnie. Spostrzegłem się, że była naprawdę roztrzęsiona. Tylko czym, do cholery?
- Zostawiłem otwarty sracz? – zapytałem unosząc prowokująco brew do góry. Nie zamierzałem być miły.
- Nie bądź bezczelny. – fuknęła. Parsknąłem śmiechem.
- Ja? Ja bezczelny? – prychnąłem. – Jesteś śmieszna.
- Zaraz przejdzie ci ochota na dowcipy. Mam nadzieję, że to rzeczywiście jakiś dowcip, bo…
- Bo co? – podchwyciłem. – O co ci w ogóle chodzi, matka?
- O to, co robisz ze swoim bratem! – wykrzyczała. Popatrzyłem na nią nie rozumiejąc jej kompletnie.
- Co niby robię ze swoim bratem?
- Będziesz rżnął głupa, aż ci pokarzę sama CO Z NIM ROBISZ?!
- Ale o co ci, kurwa, chodzi, matka…!
- Nie tym tonem! Mam dość twoich fochów! Nie po tym co przed chwilą zobaczyłam! Masz mi to w tej chwili wytłumaczyć albo wylecisz z domu! – wykrzyczała i trzasnęła na stolik mój telefon. Otworzyłem szeroko oczy.
- Co ty robisz z moim fonem?
- Dostałeś smsa od Billa. – powiedziała siląc się na spokój. – Zobacz sobie. – dodała nie mogąc chyba wytrzymać. Chwyciłem szybko telefon i odczytałem odczytaną już wiadomość. Coś ścisnęło mnie w brzuchu…

Tommy, cholera jasna, nawet nie wiesz jaką mam ochote… miesiąc to chyba przesada, nie uważasz, że coś jest między nami nie tak, skoro tyle czasu się nie seksiliśmy? ;)

Spojrzałem na matkę wielkimi oczami. I jak ja jej to miałem niby wytłumaczyć?
- No, słucham. Co to jest za ‘seksiliśmy’?! – przełknąłem ślinę patrząc to na telefon to na nią. Bill napisał to w taki sposób jakbyśmy przeżywali kryzys małżeński, a tak naprawdę była to tylko żartobliwa forma stwierdzenia faktu. Rzeczywiście tyle czasu się nie seksiliśmy.
W końcu wybuchnąłem nerwowym smiechem.
- Co cię tak bawi, co?! To już nie chodzi o sam fakt, że coś rozbiliście, ale gdyby dowiedział się o tym ktoś z zewnątrz, w najlepszym wypadku trafilibyście do domu wariatów, a w najgorszym za kraty! Nie myśl, że będę ci tam paczki nosiła. – wycedziła na sam koniec. Prychnąłem. Postanowiłem za wszelką cenę się wykręcić.
- Naprawdę wzięłaś to na serio? Matko Boska, bo się zaraz ze śmiechu posram! – naprawdę zacząłem się śmiac.
- Zaraz przestanie ci być do śmiechu. Nie jestem idiotką, Tom, jestem twoją matką. I wiem, że teraz robisz wszystko, żeby tylko wybrnąć z tej chorej sytuacji.
- Jakiej chorej sytuacji? – zapytałem zaraz.
- A jak inaczej to nazwiesz? Bill chyba wciąż czegoś oczekuje od ciebie, skoro tyle czasu na nic nie pozwalałeś, może się opamiętałeś… nie powinniśmy tego wszystkiego robić, nie powinniśmy się tu sprowadzać…
- Chcesz mi powiedzieć, że przyjechaliśmy na tą wioche tylko po to, żebym poznał Billa? No to też wam się to udało, drodzy rodzice! Powinnaś się cieszyć! Tak się pokochaliśmy, że aż wsadziliśmy sobie nawzajem chuja w dupe! – jej mina była bezcenna. – Myślisz, że ja go teraz od siebie w jakiś sposób odgradzam? Że raptem coś mi się odwidziało? Jesteś w błędzie, mamusiu. Nie robimy nic tylko dlatego, że nie mamy gdzie. Taka jest prawda, mamusiu.
- Tom!
- Co tom, co Tom? To jest wasza wina. Tylko i wyłącznie wasza. Gdybyśmy chowali się razem być może by do tego nie doszło, ale przed laty postanowiliście robić co się wam żywnie podobało, handel dziećmi też jest karalny, kochana mamo. – patrzyła na mnie wielkimi oczami. – Bezwiednie sami do tego doprowadziliście. I ostrzegam cię, jeśli zaczniesz ze starymi coś kombinować, narobię ci kłopotów.
- Nie handlowałam dziećmi, przestań… - próbowała się bronić. – Nie możesz mnie o coś takiego oskarżać.
- Ale o surykactwo jak najbardziej. – wycedziłem. – Jak inaczej nazwiesz to co się stało? Są dwie szczęsliwe pary, z czego jedna nie może mieć dzieci. Tak więc wymyśla sobie, że kobieta z drugiej pary zajdzie w ciążę z facetem z pierwszej pary i odda im dzidziusia bo sami nie starają się o małego. To jest właśnie to o czym mówie. Powiedz mi, jak długo Trumperowie oglądali nas z każdej strony zanim zdecydowali się na Billa? A może targowali się za którego weźmiecie mniej kasy? Bill jest słabszy ode mnie więc pewnie to było kryterium, mam rację? – zapytałem z kpiącym uśmieszkiem. – Nie mieć do nikogo o nic pretensji, jeśli sama masz nieczyste sumienie, mamusiu. Odwróciłem się żeby odejść.
- Nie pozwolę na kontynuowanie tego…
- Rób co chcesz. Też mogę uprzykrzyć ci skutecznie życie. Zobaczymy kto z nas jest bardziej wyrodny. – z lekkim uśmiechem wróciłem do siebie. Przez jakiś czas siedziałem zamknięty w pokoju. Stary był w robocie, ale byłem pewny, że jak tylko wróci matka zaraz mu o wszystkim opowie. O naszej miłej rozmowie też. Ze szczegółami. Znałem ją i wiedziałem, że zdołałem ją trochę przestraszyć. Ale musiałem ostrzec Billa. Musi wiedzieć zanim go zaatakują.


- Dowiedzieli się.

- O czym? Tęsknie za tobą. :*

- Nie teraz, kocie. Mamy problem.

- Jaki?

- Matka przeryła mi telefon. Suka nie ma chyba żadnych skrupułów.

Kilka minut ciszy…

- Chyba nie powiesz mi, że…?

- Przeczytała twoją ostatnią wiadomość. Nie wiem czy widziała coś więcej.

- Tom, idioto, na telefon zakłada się blokady! Hasła, PINy, cokolwiek!

- Jakoś nie spodziewałem się, że stara będzie mi ryła jak świnia!

- A spodziewasz się, że urwę ci kutasa?!

- Kotek, mamy ważniejsze sprawy, chuja urwiesz mi później.

- Masz jak w banku. Co gadała?

- Próbowała się wymądrzać, ale chyba udało mi się jej na jakiś czas skutecznie zamknąć gębę. Przynajmniej do powrotu starego z roboty.

- Co jej powiedziałeś?

- Troche postraszyłem… w każdym bądź razie myślę, że na razie nic nie zrobi. Bez porozumienia z mężulkiem.

- A co może zrobić, jesteśmy pełnoletni, z resztą za to  co zrobili nasi starzy, też ich mogą wsadzić.

- właśnie to jej powiedziałem. Trochre się przeraziła, widząc, że byłbym wstanie coś komuś na ten temat pisnąć.

- Tom, jesteśmy pełnoletni, nic nam nie zrobią.

- Uczepiłes się tego jak rzep psiego ogona. Bill, nasza pełnoletnośc jest dla nas kulą u nogi. Gdyby nie to w razie czego traktowali by nas jak dzieci, teraz będą mogli nas wsadzić. I będziemy musieli uważać, żeby się zaczęto nie schylać po mydło. ;/

- Daj spokój, twoja matka nie wsadzi cie za kraty.

- Wiesz co mi sugerowała zanim zamknąłem jej gębę?

- Co?

- Że ja chcę się z tego wycofać, a ty wciąż mnie nagabujesz. Bo nie uprawialiśmy sexu od miesiąca. Oparła swoją myśl na podstawie twojego smsa który przeczytała.

- No fajnie, dzięki. ;/

- Twoi starzy jeszcze cie nie zlinczowali?

- Nie, nic się nie dzieje… jeszcze.

- I do wieczora podejrzewam, że nic się nie stanie.

- wtedy twój ojciec wraca?

- To nie jest mój ojciec. Ale tak, wtedy wraca. Jesteś teraz w domu?

- Tak, czemu?

- Spotkamy się tam gdzie zwykle.

- Ok., będę za 30 minut. Całusy. :*

- :*

- Postawie ci laskę na ławce.

- Bill… o.0

- :D


 Bill się nigdy nie spóźnia i nie spóźnił się i teraz. Kiedy go zobaczyłem od razu się uśmiechnąłem, mimo lekkiego nie pokoju w sercu. Gdybym go stracił, chyba bym umarł.
- Hej, kochanie. – powitałem go całując na dzień dobry. Zamruczał mi w cicho w usta.
- Hej. To co z tą laską? – zapytał z szerokim uśmiechem. Przewróciłem oczami.
- Bill, błagam. – znów się zaśmiał. Przyciągnął mnie do pocałunku i tak trwaliśmy jakieś dobre 5 minut… gdyby ktoś szedł teraz tą drogą, którą przyszedł Billy, mógłby pomyśleć że całuję niezłą laskę… dopiero po chwili zorientowałby się, że to całkiem niezły facet. Nie mogłem się oderwać, nasze języki ocierały się o siebie powoli, niespiesznie. Oboje baliśmy się, że nas rozdzielą. Po chwili odsunęliśmy się od siebie na milimetr i w ten sam sposób oblizaliśmy usta. Uśmiechnęliśmy się do siebie. Uwielbiałem jego oczy, chociaż sam miałem takie same. Chwyciłem go za podbródek i znów pocałowałem. Ochoczo rozchylił wargi i wsunąłem w nie swój język. Nasze języczki znów zaczęły się o siebie ocierać, poczułem jak oplata mnie rękoma za szyję. Sam zsunąłem ręce na jego jędrny krągły tyłem i ścisnąłem lekko pośladki. Zamruczał. Uwielbiał kiedy to robiłem, a jak uwielbiałem jak mruczał mi do ust. Zwykle miał na głowie lwią grzywę, ale teraz jego włosy były przygładzone. Wyglądał uroczo.
- Mmm, jesteś taki słodki… - teraz to ja mruczałem. Zachichotał cicho, po czym zaczął zjeżdżać dłońmi z mojej szyi na tors. Patrzyliśmy sobie w oczy.
- Tom…
- Tak?
- Mm… coś mi przyszło do głowy…
- Co takiego?
- Tutaj rzadko kto przychodzi…
- No…
- … bo to prawie sam środek parku…
- Tak…
- … więc…
- Mhm…
- … zróbmy to na trwie!
- CO?! – wytrzeszczyłem na niego oczy. Szczerzył się jak głupi, a mi gały wychodziły z orbit. – Jesteś niewyżyty. – stwierdziłem w końcu.
- No, to jest rzeczywiście prawda, biorąc po uwagę to, jak dawno tego nie robiliśmy. – powiedział układając usta w Dziubek.
- Trzy tygodnie, to tak długo?
- Tom, to jest wieczność!
- Przesadzasz. – powiedziałem niezbyt przekonująco patrząc na niego. Wyczuł to natychmiast.
- Tommy, nie udawaj, że nie chcesz…
- Bill, matka dopiero co się dowiedziała… - próbowałem się bronić.
- Przecież jej tu nie ma…
- Nigdy nic nie wiadomo.
- To znaczy? – zachichotał znów zjeżdżając dłońmi na moje biodra.
- To znaczy, że mogła nawet za mną iść.
- Przesadzasz. – powtórzył moje słowo tyle że jemu udało się to wypowiedzieć pewnym głosem.
- Własnie, że nie…
- Uważaj, bo zaraz wyskoczy zza krzaka… - zachichotał znów.
- Bardzo możliwe… Och, Bill! – jęknąłem gdy zacisnąl delikatnie rękę na moim kroczu. – Bill, jesteśmy w miejscu publicznym!
- Nikogo tu nie ma, głuptasie. – znów chichot. – Z resztą, zawsze chciałem to zrobić na łonie natury.
- W takim razie powinniśmy stać teraz w lesie, a nie koło ławki ze śmietnikiem.
- A tam, szczegóły. – wciąż ugniatał moje krocze przez obszerne spodnie, a ja czułem, że zaraz nie wytrzymam, zerżnę go na tej ławce ze śmietnikiem. – W lesie jest pełno robali, a tu, patrz jak ładnie… łączkę obrastają dookoła żywopłoty, nikt nas nie zobaczy.
- Ale na pewno usłyszy, przyleci i wtedy zobaczy. – stwierdziłem hamując jęk.
 - Będziemy cicho.
- Ty nie potrafisz być cicho.
- Teraz będę.
- Nie umiesz.
- Chcesz się założyć? – zapytał zadziornie unosząc brew. Nie zdążyłem nic konkretnego powiedzieć. Przykucnął i rozpiął zamek spodni. Trzymały się na pasku więc nie spadły. Wyciągnął go z bokserek i wziął głęboko do ust. Momentalnie stwardniałem, tak dawno tego nie miałem, że czułem, że jeszcze moment i wytrysnę. A chciałem go przecież wziąć. O mało mnie przecież nie zgwałcił. Próbowałem go odsunąć ale nie pozwalał, ssał uparcie do końca. Obserwowałem jak jego głowa porusza się rytmicznie, jak liże go calego jak loda, i już nie mogłem. Zaciskając żeby spuściłem się wprost do jego ust. Znów ten koci pomruk… oszaleje kiedyś przez niego.
Kolana mi drżały, nogi miałem jak z waty, a on chyba nie zamierzał kończyć. Lizał mnie dalej jakby przeoczył to, że już połknął przecież moją spermę. Nie miałem siły z nim walczyć, pozwoliłem mu robić co chciał. Lizał mi kutasa dopóki znów nie stwardniał, a ja myślałem, że jak tylko mu włożę to go zajeżdżę. Ale on podniósł się z kolan i ręką dalej mnie stymulował. Chwyciłem go za obie ręce i poprowadziłem na tą łączkę obok. Stanęliśmy i zaczęliśmy znów się całować. Czułem smak swojej spermy w jego ustach, ale tylko mnie to podnieciło. Jeszcze bardziej.
Czułem się jak w transie. Zacząłem rozpinać jego pasek os spodni a potem same spodnie. Drżał, naprawdę był spragniony sexu. Wylądowaliśmy w trwie dość Wysokiem. Chyba nikt jej za często nie kosił. Nie czekałem długo, zsunąłem mu tylko portki z tyłka razem z bokserkami, założyłem sobie jego nogi  na ramiona i wszedłem w niego jednym silnym ruchem. O dziwo nie krzyknął glośno tak jak zawsze. Odrzucił głowę do tyłu, otworzył usta z rozkoszy ale nie wydał żadnego dźwięku. Skubany, potrafi się pilnować. Zacząłem się w nim poruszać. Najpierw powoli, potem szybciej. Wtuliłem twarz w jego szyję, słyszałem jak zaczyna szybko oddychać. Jego nogi podrygiwały z każdym moim ruchem, a stawały się one coraz szybsze. I głębsze. Wyślinił przedtem dobrze mój członek, więc nie potrzebowałem żadnego lubrykantu. Wchodziłem gładko w niego, coraz bardziej się w nim zatracając. Nawet nie spodziewałem się, że jestem aż tak wyposzczony. Usłyszałem jego jęk. Cichy ale wyraźny, było mu dobrze. Wiedziałem to.
- Mów do mnie. – szepnąłem mu na ucho. Spojrzał na mnie zamglonymi oczami.
- Pieprzysz jak rasowy samiec. – wymruczał, na co moje oczy otworzyły się szeroko. Zacząłem posuwać go ostro, wchodząc głęboko, do samego końca, po same jądra. Dało się słyszeć charakterystyczny odgłos zderzających się ciał. Dymaliśmy się jak króliki. W końcu poczułem jak wbija w moje plecy swoje piękne paznokcie. Spojrzalem na niego i zobaczyłem jak zagryza wargę i zaciska powieki. Był blisko. Ja też.
Krzyku rozkoszy żaden z nas nie był w stanie powstrzymać. Tak jak przez cały stosunek byliśmy cichuteńko, tak teraz usłyszeli nas wszyscy w którzy byli promieniu kilkunastu metrów. Znieruchomiałem nie wychodząc jeszcze z niego. Czulem jak jego ciało drży. I czułem jego spermę która plamiła moją koszulkę. Ale nie przejmowałem się. Wysunąłem się z niego powoli. Delikatnymi pocałunkami zjechałem na jego brzuch i zlizałem doszczętnie jego nasienie. Wyszczerzył się szeroko. Widać było, że teraz jest zaspokojony, podobnie jak ja. Po kilku minutach podnieśliśmy się z ziemi. Obejrzałem się i spostrzegłem, że sperma poplamiła też moje spodnie w kroku. Uśmiechnąłem się. Mina matki będzie bezcenna.
- Wspaniale jest posuwać brata bliźniaka. – westchnąłem siadając na ławce, a on zaraz obok mnie.
- Tak? – podchwycił z uśmiechem.
- Zwłaszcza kiedy jest taki chętny. I ciasny, jak orzeszek. – zarumienił się ale był mile połechtany. Pocałowałem go czule. – Jesteś moim małym orzeszkiem.
- Myślałem, że perełką. – udał nadąsanego.
- Perełką też. – powiedziałem chichocząc. Uśmiechnął się zadowolony. – mieliśmy pogadać o zaistniałem sytuacji, a ty jak zwykle… - zaśmiałem się.
- Możemy przecież pogadać teraz. – powiedział z błyskiem w oczach. Nie mogłem się nie uśmiechać. Po chwili jednak westchnąłem.
- Bill – zacząłem. – trzeba coś z tym zrobić, nie chcę żeby nas rozdzielili. – oblizał usta, patrząc na swoje ręce.
- Wiem, że będą teraz kombinować, co zrobić. – odrzekł.
- Właśnie. Ale nie pozwolę, żeby nas sobie odebrali. – szepnąłem gładząc go po głowie. Spojrzał w moje oczy i po prostu się przytulił. Westchnąłem. – Zrobię wszystko żebyśmy dalej byli razem.
- A jeśli doniosą?
- Raczej nie zrobią tego. Będą bali się wstydu. Będą sami kombinować. – spojrzeliśmy na siebie. – My też coś wykombinujemy. Nawet już wiem co.
- Tak? – zainteresował się. –Co wymyśliłeś?
- Na razie nic nie będziemy robić. Ale jeśli oni zaczną, po prostu uciekniemy. Zapowiada nam się kariera, poradzimy sobie. – dostrzegłem w jego oczach strach. – bill, najważniejsze żebyśmy byli razem.
- Wiem, ale to przecież nie takie proste…
- Masz rację, ale damy radę. Masz jakąś swoją kasę? Będzie nam potrzebna każda, nawet najmniejsza, jeśli będziemy musieli dać dyla… Ja też coś mam. Poza tym moja matka trzyma sporą kase w skrzyneczce na klucz. Tak się składa, że bardzo łatwo otworzyć ją choćby kawałkiem drutu.
- Chcesz okraść swoją matkę?
- Nie okraść… chociaż tak to się nazywa, ale jakoś ona 18 lat temu nie miała skrupułów, dlaczego my mamy mieć je teraz?
- Niby tak, ale… nie przypuszczałem, że to będzie takie skomplikowane.
- Nie bój się. Obiecuje ci, że będzie dobrze. – pocałowałem go namiętnie. Był moim oczkiem w głowie. Kochałem go najbardziej i pragnąłem, żeby się nie bał. Wystarczyło, że ja się bałem.

08 lutego 2014

18. Nie rozdzielą nas.

Bill

Wpatrywałem się w jego oczy i miałem wrażenie, że patrzę na siebie. Wczesniej nie zwracałem na to uwagi, może celowo tego nie dostrzegałem, nie chciałem dostrzegać... ale naprawdę byliśmy identyczni. Wystarczyło się tylko przyjrzeć. Ale dla mnie byliśmy od siebie diametralnie różni. Jego brązowe oczy, niby takie same jak i moje, ale były wyjątkowe. Widziałem w nich swoje odbicie. Z takim uczuciem, miłością patrzył tylko na mnie. Byłem przeszczęsliwy. Nie czułem nic prócz głębokiego spokoju. Było jasne, że teraz nikt nas już nie rozdzieli, nie pozwolimy na to. Ten krótki czas rozłąki między nami dał nam wystarczająco do zrozumienia, że nie możemy bez siebie żyć. Zarówno jako bracia jak i kochankowie. Kochamy się.
I gówno to kogo obchodzi.
Obserwowałem uważnie jego twarz. Starałem się zapamiętać każdy jej milimetr. Nikt nic nie mówił, nie potrzeba było nam żadnych słów. Rozumieliśmy się jak nikt. Uczuie pustki, braku czegoś, co zabrano mi dawno temu już dawno zniknęło. Odzyskałem to. Byłem tak szczęśliwy, że udało nam się odnaleźć. A przecież to był przypadek. Gdybym ja nie przeprowadził się do Loitsche z Magdeburga, albo Tom nie wyniósł się z Monachium, nigdy byśmy się nie spotkali. Być może o niczym byśmy się nigdy nie dowiedzieli. A ja nadal chodził bym jak rasowe zombie. Kiedy myślę o sobie sprzed kilkunastu miesięcy, czasami nie mogę uwierzyć, że całe moje życie tak szybko i diamteralnie się zmieniło. Ale cieszyłem się z tego. W tej chwili nie wyobrażałem sobie, że mogło by być inaczej. Że Toma mogło by znów nie być. Umarł bym.
Mój brat. I ukochany w jednym. W głębi serca mnie to przerażało, jego też. Wiedziałem o tym. Ale pragnienie bliskości drugiego było silniejsze. Przeciez nie można żyć bez powietrza. A on był moim powietrzem. I zawsze nim będzie. Wiem, że nigdy za nic w świecie się nie rozstaniemy. Jesteśmy jednością. Czuję to tak wyraźnie jak nigdy. Chociaż może zawsze to czułem...? Od pierwszej chwili kiedy go po raz pierwszy zobaczyłem? Wtedy, kiedy do mnie podszedł? Niby tylko się przywitał, przedstawił... A ja od razu poczułem... to coś... co nas łączy.
Przypominałem sobie każdy szczegół. Kiedy namówił mnie, żebym pomagał mu w chemii. Był prawdziwym osłem, nie wierzyłem, że uda mi się mu cokolwiek wbić do głowy. Ale przy mnie naprawdę się podciągnął. Ale nie to jest najważniejsze. Najważniejsze były te chwile, które mogłem z nim spędzać. Ten okres był dla mnie trudny i trwał chyba przez całe moje życie. Może dlatego, że jestem tym słabszym bliźniakiem...? On chyba radził sobie z tym lepiej. A może miał po prostu lepsze wsparcie od rodziny. Ja nie zbyt się dogadywałem ze swoją, a teraz... w ogóle nie ma o czym mówić. Ale może powinienem im podziękować? Może gdybyśmy wychowywali się razem nie bylibyśmy teraz razem? Raczej się tego nie dowiemy. Tak miało być i tak jest. Najważniejsze, że on jest.
Pamiętam ten dzień, kiedy musiał iść do dyrektora a ja zostałem na korytarzu, żeby za nim poczekać. Miałem pecha. W szkole było kilka osób, które uwielbiały mnie dręczyć. Dwóch goryli, którzy uważali mnie za swój worek tranigowy. Dali mi wtedy porządnie popalić... Rozbebeszyli mi całą torbę po całym korytarzu. Schowałem się w kiblu i płakałem cicho w kabinie. Kiedy usłyszałem jak ktoś wchodzi... Zaopiekował się wtedy mną. Przytulił. Z początku nie chciałem jego bliskości, bo tak bardzo mi się to podobało. Podobał mi sie od samego początku, ale nie wierzyłem, że z tego cokolwiek będzie. Najwyżej się mną zabawi i zostawi, tak wtedy myślałem. Ale nie miałem racji. Zawsze wszystko robił tak, żeby to mi było jak najlepiej. Zakochiwałem się w nim coraz bardziej, aż w końcu się od niego uzalezniłem. Kiedy go nie było, nie umiałem swobodnie oddychać. A teraz leżeliśmy obaj na ziemi patrząc na siebie. Pogładziłem delikatnie koniuszkiem palca jego policzek. Powiodłem nim aż do koncika jego ust. Uśmiechnął się. Uwielbiałem, jak sie usmiechał. Był wtedy taki piękny. Chwycił moją dłoń i wtulił w nią policzek. Przysunąłem się do niego najbliżej jak mogłem i patrzyłem dalej w jego oczy z odległości kilku milimetrów. Stykaliśmy się nosami.
Wplótł rękę w moje włosy i przyciągnął mnie do siebie. Poczułem jak jego ciepłe wargi przywierają czule do moich. To było piękne. I byłem gotów zabić, gdyby ktoś chciał nam to odebrac. On był taki kochany, taki piękny, taki mój. Przycisnął mnie do siebie delikatnie nie chcąc zrobić mi jakiejś krzywdy. Ale z jego ręki każdy ból fizyczny byłby przyjemnością. Jak te klapsy, kiedy był we mnie. Ale potem czule gładził moje pośladki sprawiając, że po prostu odpływałem. Wdychałem jego zapach głęboko do płuc, chciał się w nim zatracić na zawsze. Był jak kojący balsam. Wtuliłem się w jego nagi tors, a twarz w szyję. Czułem jego ciepło i pulsowanie krwi w żyłach. Było tak dobrze jak nie było jeszcze nigdy. Poczułem jak westchnał cicho. Wyczułem, że znów się czymś martwi. Podniosłem nieco głowę i spojrzałem w jego oczy, poraz kolejny. Uśmiechnąłem się chcąc mu pokazać, że wszystko będzie dobrze. Tłumaczyłem sobie, że przecież mamy po 18 lat, nic nam nie mogą zrobić. A to nie było do końca prawdą. Gdyby ktoś się o nas dowiedział, mielibyśmy poważne kłopoty. Ale w tamtej chwili mało mnie to obchodziło. Jednak Tom był zdania, że to poważny problem. To co nas łączy.
- Tommy. - szepnąłem kojącym głosem. Spojrzał na mnie i uśmiechnął się gładząc mnie po twarzy. Czekałem, aż coś powie, ale on milczał. Czułem, że się boi. W głębi duszy też sie bałem, ale miałem siłę by walczyć, jeśli będzie trzeba. Podparłem się na łokciu i patrzyłem na niego cały czas. - Znowu się czymś martwisz? - zapytałem tym samym głosem chcąc go zachęcić do rozmowy. Westchnał po raz drugi.
- Dobrze wiesz czym się martwię, Bill. - pogładziłem go znów po twarzy, a on znów wtólił w moją rękę swój policzek.
- Wiem. - przyznałem. - Ale ja jestem zdania, że mamy szczęscie. - stwierdziłem dotknąwszy kciukiem jego dolnej wargi.
- Szczęscie? - powtórzył, a potem się uśmiechnął. - Może i tak.
- Na pewno tak. - poprawiłem go samemu się uśmiechając. Ale jego uśmiech szybko zniknął.
- To jest niewykonalne. Choćby nie wiem jakbyśmy tego chcieli. - teraz ja westchnąłem. Cały czas pochylałem sięnad nim gładząc jego policzek i patrząc mu w oczy.
- Ale nie damy rady od tego uciekać. Sam wiesz, mamy dowód. - stwierdziłem unosząc brew do góry. Zaśmiał się cicho.
- No tak, masz rację. - przyznał i jego uśmiech znów zgasł. - Ale jeśli będziemy tak postępować w końcu wpadniemy. - to była prawda. Położyłem się płasko na plecach obok niego. Myślałem nad tym już wcześniej, kiedy spotykaliśmy się u mnie w domu. Jednego razu mama omal nas nie przyłapała. Na szczęscie byliśmy już wtedy ogarnięci, tylko się tulilismy. Znów westchnąłem. Nie chciałem tego stracić, a rozwiązanie próblemu nie przychodziło.
- Bill? - teraz on podparł się na łokciu i zawisł lekko nade mną. Spojrzałem na niego. - Nie chce cię stracić. - wyszeptał.
- Ja ciebie też nie. - odpowiedziałem. Wsunął mi rękę pod głowę i lekko podniósł całując delikatnie w usta.
- Traktujesz mnie jak księżniczkę. - zaśmiałem się cicho pod nosem oblizując usta.
- Jesteś moją księżniczką.
- Chyba prędzej księciem. - sprostowałem i obaj wybuchnęliśmy śmiechem.
Leżeliśmy tak jeszcze z półgodziny a potem przypomniało mi się coś znaczącego.
- Tom, wstawaj, trzeba się ogarnąć. - powiedziałem gramoląc się na nogi. Spojrzał na mnie z niezrozumieniem. - Moi rodzice niedługo wrócą. - wyjaśniełem. Natychmiast zerwał się z podłogi i zaczął szybko ubierać. Zachichotałem. - Aż tak śpieszyć się nie musisz. - parksnął śmiechem i zwolnił nieco. Naprawdę wyglądał uroczo.
- Co mi się tak przyglądasz? - zapytał kiedy oboje byliśmy już ubrani i ogarnięci. Uśmiechnąłem się.
- Bo mi się podobasz. - znów się uśmiechnął, a ja zapragnąłem, żeby ten uśmiech już nie znikał. Podszedłem do niego i przytuliłem. - Chodź do kuchni, umieram z głodu. - stwierdziłem w pewnym momencie puszczając go i wychodząc z pokoju. Zawsze po namiętnym seksie chciało mi się jeść. Obaj pewnie opróżnimy całą lodówkę.
W kuchni zajrzałem kolejny do wszystkich szaf i lodówki. Zastanawiałem się własnie co bym przekąsił i na co miałby ochotę Tom, kiedy poczułem na sobie jego ręce. Zerknąłem na niego do tyłu.
- Na co masz ochotę? - zapytałem. Wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu.
- Na ciebie. - Boże...
- Nie ma mowy, jestem głody jak wilk, a poza tym za jakieś pół godziny moi rodzice pewnie będą już w domu. - zrobił smutną minkę i usiadł przy stole. - Nie rób takiej miny. Mogę ci dać buziaka. - teraz ja się wyszczerzyłem. Od razu na jego twarz wstąpił entuzjazm. Podszedłem do niego z uśmiechem numer 5 i pocałowałem go mocno. Chwyciłem jego twarz delikatnie w dłonie i przywarłem na długo do jego ust. Po dłuższej chwili oderwałem się i wróciłem do przeglądania lodówki.
- Nazywasz ich rodzicami? - usłyszałem za plecami jego sceptyczny ton. Sam też zrobiłem nieciekawą mine.
- No... - zacząłem. - Jakby nie było to jednak w pewnym sensie nimi są. A na pewno ojciec. - usłyszałem jego prychnięcie.
- Tak, moja stara też na pewno jest moją starą. Gorzej ze starym.
- Wiesz, Tommy... - zacząłem znowy. - Moja sytuacja jest chyba jednak nieco gorsza od twojej. - spojrzałem na niego. Miał lekko zdumioną mine.
- Niby czemu?
- Bo ty ze swoją rodziną zawsze się dobrze dogadywałeś. Moi rodzice też byli dobrzy, ale... nigdy nie umieli do mnie dotrzeć, a ja im tego nie ułatwiałem. - wytłumaczyłem.
- Nieważne jacy byli. Prawda wyszła na jaw i to ich kategorycznie dyskwalifikuje jako rodziców. Przynajmniej w moich oczach. - westchnąłem. Cały Tom.
- Mnie też nie jest łatwo. Ale staram się ich zrozumiec.
- A co tu jest do rozumienia? - znów na niego spojrzałem.
- Para ludzi nie może mieć dzieci...
- To też jestem w stanie zrozumiec, Bill, ale nigdy nie pogodzę się z faktem tego, co zrobili potem. Jak to wygląda, wedłóg ciebie? Bo ja tu widzę przebieranie w środkach, twoi starzy dostali dwóch chłopców do wyboru, ciekawe ile sie zastanawiali który będzie lepszy. - i na koniec wściekłe prychnięcie.
- Rozumiem cię, naprawdę. - powiedziałem spokojnie. - I... pewnie masz rację. Ale twoi rodzice cię kochają.
- To nie są moi rodzice. - warknął. W tym momencie do kuchni weszli moi rodzice. Jak zwał tak zwał.
- O... Tom, witaj, niespodzianka... - zaczęła moja matka.
- Dzień dobry. - powitał ich chłodno i wstał.
- Idź do mnie, zaraz przyjdę. - powiedział i znowu zanurkowałem w lodówie. Poszedł bez słowa z rękami w kieszeniach.
- Bill, synku... - to znowu matka. - Dogadaliście się?
- Tak. - odpowiedziałem krótko. Od tamtego czasu kiedy nam powiedzieli tak wygląda nasza kazda rozmowa.
- Tak sie cieszę...
- Kochanie. - wtrącił się ojciec. Rzekomy. Położył jej rękę na ramieniu. - Daj im spokój, muszą się teraz do wszystkiego przyzwyczaić.
- Ale... - postawiła się matka, ale to wiele nie dało.
- Idź do ogródka. - powiedział ojciec patrząc na nią znacząco. Poszła, z kwaśną miną.
- Dzięki. - bąknąłem. Poleciałem ze wszystkim szybko do siebie. Zabrałem ze sobą 3litrową colę, 4 paczki dużych chipsów i jeszcze pudło lodów. Rzuciłem to wszystko na swoje łózko. - Najpierw zajmiemy się lodami, bo się roztopią. - stwierdziłem i podałem mu łyche. Spałaszowalismy pudełko w ciągu pół godziny oglądając Piratów z Karaibów na DVD. Momentami śmialiśmy się jak para głupków. Cała reszta żarcia poszła równie szybko.
Do końca filmu leżeliśmy wtuleni w siebie na łóżku. Tom leżał płasko na plecach a ja wtulałem się w jego klatkę piersiową. Otaczał mnie przy tym czułym ramieniem i głaskał. Nagle coś mi przyszło do głowy.
- Tom?
- Hm? - odezwał się zaraz.
- Wrócisz do mnie? - zapytałem cichym szeptem. Spojrzał na mnie nie wiedząc o co chodzi.
- Co?
- No... bo ja zerwałem...
- Pleciesz głupoty. - przerwał mi. - Nigdzie nie odszedłem, więc nie musze wracać. - wyszczerzył się. Ja również i mocno się w niego wcisnąłem. Poczułem jak całuje czubek mojej głowy. Czułem, że będzie już tylko lepiej. Ale to przeczucie było złudne. Bo pod drzwiami, których jak głupi nie domknąłem, stał mój ojciec i wszystko widział.

01 lutego 2014

17. Papiery.

Bill.

Nikt nie widział mnie w szkole przez pierwszy tydzień. Nie chciałem go widzieć, ale tak bardzo za nim tęskniłem. Żałowałem tego, że to ja zerwałem, powiedziałem to wszystko w złości, ale to nie zmienia faktu, że rozsądny człowiek tak by właśnie zrobił. Tyle, że ja właśnie chyba nie jestem rozsądny zbytnio i chciałbym to wszystko odkręcić, przeprosić go i prosić, żeby wrócił... co w zaistniałej sytuacji byłoby po prostu głupotą. Nawet gdyby chciał, to tego nie zrobi. Może i chciałby tego, nawet na pewno, ale Tom to człowiek, który żyje w zgodzie ze sobą. Ale jak tu żyć w zgodzie ze sobą, skoro świadomie odrzuca się to co jest ci do życia potrzebne? Sam tak o mnie mówił. Niby postępuje dobrze, biorąc pod uwagę tą całą moralność... Ale z drugiej strony przecież się kochamy. Więc mi się wydaje, że żadne z nas nie będzie żyło w zgodzie ze samym sobą, tak czy inaczej. W takiej sytuacji jest to niemożliwe. Jakkolwiek postąpimy będzie źle. Nie wierze, że to się już skończyło.
Rodzice... pff... o niczym nie wiedzą. Nawet się nie domyślają. Tłumaczą sobie nasze zachowanie szokiem. Że na pewno za jakiś czas się dogadamy i będzie tak jak przedtem. Dobre sobie. Gdyby mieli choćby jako takie pojęcie... Miny by im zrzedły. Nie wiem co by wtedy zrobili. Nawet nie chcę sobie tego wyobrażać. Ale co gorszego już mogliby jeszcze nam zrobić? Najpierw nas rozdzielili jak tylko się urodziliśmy, teraz to... Niczego gorszego już sie nie da zrobić. I tak mi go odebrali i tak. Tom może nienawidzić za to wszystko swoich rodziców, ale na pewno nie wejdzie w to świadomie po raz drugi. I to mnie boli, że już tego nie odzyskam. Czuję, że znowu się zamykam. Ale z drugiej strony to wcale nie taka straszna perspektywa. Co z tego? I tak już go ze mną nie ma. A zawsze był tylko on. Więc wiele nie straciłem.
Straciłem wszystko.
Starzy wyszli wieczorem gdzieś, nawet nie wiem gdzie. Mówili, ale w ogóle ich nie słuchałem. Od tamtego czasu w ogóle nie rozmawiamy, nic. Bo i o czym? Chyba już nie ma o czym rozmawiać, wszystko już mi powiedzieli. Włóczyłem się po domu trochę nie wiedząc czego szukam. Aż w końcu wpadłem na pomysł, żeby poszukać jakiś dokumentów. Dowodów na to wszystko. Może gdzieś w środku miałem złudną nadzieje, że to wszystko nieprawda, a oni, nie wiem dlaczego, ale chcą nas rozdzielić. Może wiedzą? I może to dlatego? W każdym bądź razie zamierzałem przeryć cały dom, jeśli będzie trzeba. Od strychu aż po piwnicę. Nawet kibel. No, może bez kibla.
Zacząłem od sypialni rodziców. Z tego co wiedziałem to tam trzymają wszystkie swoje papierzyska. Dokumenty, dowody wpłat, kredyty itd. W pokoju nie było wiele mebli. Tylko wielkie łózko i komoda. No jeszcze szafeczki nocne, ale tam nie miałem co zaglądać. Podszedłem szybko do tej komódki i wysunąłem pierwszą szufladę. Nie obchodziło mnie, że zrobię bajzel. Ich sprawa, posprzątają sobie, ja mam prawo. Zacząłem grzebać w tym wszystkim, ale nic tam nie znalazłem po za jakimiś starymi śmieciami. Zajrzałem do drugiej szuflady i efekt był taki sam. Jakieś kredyty, czeki, umowy i inne bzdety. Zostawiłem to i poszedłem do kuchni. Chociaż wątpiłem, żebym tam coś znalazł. Ale tak na dobrą sprawę to wątpiłem od samego początku, że u rodziców coś znajdę. Mogli się domyślać, że będę mógł tam kiedyś grzebać i znaleźć coś nie potrzebnie. Woleli tego uniknąć kiedy miałbym np 15 lat i musieli schować to gdzieś indziej. Kuchnia raczej odpadała. Ale nie zaszkodzi sprawdzić, pomyślałem sobie.
Sprawdziłem wszystkie szafy z głupią miną, przecież tam nic nie ma. Wydawało mi się, że warto by było posprawdzać, bo czasami ktoś może schować jakąś rzecz w miejscu, o którym szukający w ogóle by nie pomyślał, ale teraz wydawało mi się to po prostu śmieszne. Usiadłem na krześle i zastanowiłem się. Gdzie najbezpieczniej byłoby schować takie dokumenta... Bingo!
Pędem poleciałem na strych. Jeśli tam nic nie znajdę, to pozostają mi już tylko dwa warianty. Albo piwnica, albo to wszystko pic na wodę fotomontaż. A wtedy ich zapierdole wszystkich. Wpadłem na strych z takim rozmachem, że wszystkie pająki mi na głowę z drzwi spadły. Nie miałem nigdy jakiejś specjalnej fobii, ale dla świętego spokoju szybko je wszystkie z siebie strząsnąłem. Przeczesując jeszcze włosy palcami zacząłem przechadzać się po pomieszczeniu i rozglądając. Cały strych był wielki. Gdyby się uprzeć można by było zrobić tu dodatkowe pomieszczenie mieszkalne. Tata nawet się na to zapatrywał, na przyszłość dla swoich wnuków... ale mama stwierdziła, że jeśli kiedyś znajdę sobie żonę, to raczej będziemy chcieli uciec z Loitsche niż sie tu dalej kisić. Przyznałem jej rację. Ale pomysł sam w sobie nie był zły.  Chociaż metraż jest dość duży to gdy czasami zleci się większa liczba gości nie ma ich gdzie położyć.
Zacząłem zaglądać w kartony. Wszystkie były zakurzone i, o dziwo, zaklejone. Wydało mi się to jakieś nie codzienne. Zastanowiłem się przez moment. Jeśli je ruszę, będzie widać, że czegoś szukałem. Ale w końcu stwierdziłem, że sami sobie nagrabili. Ja chcę wiedzieć z jakiej probówki się wziąłem. Kartony były pozaklejane taśmą klejącą, wziąłem jakiś nóz leżący gdzieś obok i rozciąłem pierwszy z brzegu. Nic ciekawego tam nie było. To samo co w szufladach, tyle że, o wiele starsze. I pewnie już nie potrzebne. Drugi karton zawierał to samo, ale było tego o wiele mniej. Natomiast trzeci zawierał w sobie stare zdjęcia. Usiadłem na podłodze i wyciągnałem kilka z nich. Na większości byli moi rodzice o wiele młodsi niż w chwili obecnej, ale beze mnie. Były fotografie z ich ślubu i wesela. A potem zobaczyłem jedno zdjęcie, które samo w sobie chyba było dowodem na to, że nikt nam nie ściemnia. Poczułem, że zaraz się załamię. Na zdjęciu widoczni byli moi rodzice i rodzice Toma. To na pewno byli oni. O wiele młodsi niż teraz ale poznałem ich. Każda para trzymała niemowlę. Poczułem, że nienawidzę tego zdjęcia. Miałem ochotę je podrzeć. Ale odłożyłem je na bok i szukałem dalej z gulą w gardle. Gdzieś w jakimś mniejszym pudełku znalazłem wyniki badań matki. Jasno było napisane, że nie będzie mogła urodzić własnych dzieci. Obok badania ojca, zdrowy. Wpatrywałem się w nie kilka minut nie wierząc. Miałem nadzieję, że znajdę coś co to wszystko obali, a nie... potwierdzi.  I jeszcze bardziej mnie dobije. W końcu znalazłem to czego szukałem od początku. Dokumenty dotyczące adopcji brata. Chociaż to wyglądało mi na lewą robote. Mój ojciec był moim biologicznym ojcem, ale moja matka już nie była moją biologiczną matką. Moją prawdziwą matką była matka Toma. Taka sytuacja dotyczyła też Toma, jego ojciec był jego ojcem, ale jego matka już nie. Zagmatwane, sam sie już w tym gubiłem, kto jest kogo. Zebrałem to wszystko do kupy i zbiegłem szybko do swojego pokoju. Usiadłem przed biurkiem i gapiłem się na to przez kilka minut nie wiedząc co z tym zrobić. W końcu zdecydowałem się zadzwonić do Toma. Wahałem się trochę, ale w końcu chyba powinien to zobaczyć, co nie? 


Tom


Leżałem całkowicie załamany w swoim pokoju i co chwile tylko chwytałem się za łeb. Nie mogłem uwierzyć, że to wszystko dzieje się naprawdę, w realnym świecie, przecież to są jakieś jaja. To muszą być jaja. Nie rozmawiałem z rodzicami wcale. Chociaż to byli moi rodzice i tu sie nic nie zmieniło to jakoś... poczułęm, że są mi obcy. I wtedy zabrzęczal mój telefon. Kiedy spojrzałem na wyświetlacz przewróciło mi się w żołądku. Billy. Odebrałem, a czułem się tak jakbym szedł na pierwszą randkę.
- H - halo? - wyjąkałęm.
- Tom? Hej... - zaczął. - Słuchaj, znalazłem coś w domu, chyba byłoby dobrze gdybyś to obejrzał. - albo udawał albo naprawdę radził sobie o wiele lepiej w tej sytuacji niż ja.
- Ale co? - zapytałem głupkowato.
- Znalazłem dokumenty i badania moich starych na strychu. Dotyczące wiesz czego. - wyjasnił. Rozjaśniło mi sie nieco we łbie.
- Aha, i co tam masz?
- No właśnie chce ci to pokazać, weź zbierz się i przyjdź do mnie. - już chciałem się zgodzić, ale...
- Bill, czy ty mnie z czymś nie podpuszczasz? Tłumaczyłem ci...
- Tom, jak nie chce ci sie dupy ruszyć to ja z tym do ciebie przyjdę. - to mi wystarczyło.
- Dobra, zaraz będę.
- No, to narazie. - i głuchy sygnał.
Odetchnąłem nieco. Trzeba się zbierać.
Po 15 minutach byłem już pod jego drzwiami. Nie wiedziałem czy widział jak idę, ale nie powitał mnie w drzwiach tak jak zawsze zanim jeszcze zdążyłem zadzwonić. Więc sam musiałem oznajmić swoją obecność. Kiedy w końcu zadzwoniłęm usłyszałem szybkie kroki i po chwili zobaczyłem go w uchylonych drzwiach. Widać było, że tęskni, ja z resztą też. Wpuścił mnie i tak stanęliśmy na przeciwko siebie.
- Cześć. - bąknąłem. Nie wiedziałem co miałbym mu powiedzieć
- Cześć. - odpowiedział. Patrzyliśmy tak na siebie a potem... po prostu mnie pocałował. Nie umiałem go odepchnąć. Objąłem go i przycisnąłem bardziej do siebie. Nie wiedziałem, że aż tak bardzo za nim tęskniłem. Zajęło nam to kilka cudownych minut, zanim się odkleił.
- Billy, twoi... - wycharczałem.
- Nikogo nie ma w domu. - stwierdził i poprowadził mnie do siebie do pokoju. Poczułem się tam jeszcze gorzej przypominając sobie, co tam tyle razy robiliśmy. - Zobacz. - pokazał mi to co leżało na jego biurku.
Obejrzałem to sobie wszystko bardzo dokładnie. Na medycynie sie nie znam, ale z badań wynikało wszystko jasno. Stary był zdrowy, a stara nie mogła zaciążyć. Ale najbardziej powaliło mnie to zdjęcie.
- No i co myślisz? - odezwał się po kwadransie ciszy. Spojrzałem na niego.
- A co mam myśleć? Bill, kurwa...
- Tom...
- Ja nie wiem, chyba lepiej by zrobili, gdyby nas o tym nie uświadamiali.
- Też tak myślę. - przytaknął mi. Spojrzałem na niego. Wstałem i podszedłem do niego.
- Jak długo nie będzie twoich rodziców? - zapytałem cicho zerkając na niego.
- Nie  będzie seksu bez zobowiązań, Tom. - odpalił natychmiast, strącając moje dłonie ze swoich bioder.
- To będzie pełno zobowiązujący seks. - powiedziałem i przywarłem do jego ust. Potrzebowałem jego bliskości. Sam chciałem to zakończyć, ale odkryłem, że to nie jest takie proste. Zwłaszcza, jeśli się kogoś mocno kocha. Z początku nie chciał mi tego dać.
- Tom, sam mówiłeś, że to koniec, że nie możemy dalej, dlaczego teraz... - próbował mi się wymknąć.
- Nie umiem już udawać, że mam to w dupie. - zacząłem pieścić jego pośladki przed spodnie. Wiedziałem dobrze, że to uwielbiał. I wiedziałem też, że będzie sie teraz upierał przy swoim, żeby tylko mi nie dać. Ale najważniejsze co wiedziałem to to, że go dostanę i to, że w końcu znów mam go przy sobie.
- Tom, przestań. - próbował odepchnąć moje ręce, które wciąz delikatnie ściskały jego tyłek. Zacząłem całować jego szyję, kiedy odwrócił ode mnie swoją twarz. Ręce wsunąłem pod jego koszulkę. - Tom! - szarpnął się, ale nie pozwoliłem mu uciec.
- Bill, potrzebuję cię. - szepnąłem mu do uszka.
- Po wszystkim znowu będziesz gadał tak jak przedtem. - usłyszałem z wyrzutem. Spojrzałem na niego.
- No bo taka jest prawda. - stwierdziłem.
- A co to zmienia, co? I tak o niczym nie wiedzą. Dla nich jesteśmy tylko dziećmi, rodzeństwem. Niczego nawet się nie domyślają. Nie możemy zrobić tak, żeby...
- A jak ty to sobie wyobrażasz, Bill? Będziemy się kryć jak jacyś szpiedzy?
- Do tej pory tak właśnie postępowaliśmy i jakoś ci to nie przeszkadzało. Dowiedziałeś się jakiejś bzdury i raptem zmieniasz wszystko, nie tylko swoje ale też to, co ma wiele wspólnego ze mną. Zadecydowałeś sam, nie porozmawiałes o tym nawet ze mną.
- A o czym miałęm z tobą rozmawiać? Bill, to już nie chodzi tylko o to, że gdyby ktoś się dowiedział to pokazywaliby nas sobie palcami. Gdyby to wyszło to automatycznie mamy przesrane, to wszystko... jest karane.
- Ciekawe, że 5 sekund temu ci to nie przeszkadzało. - niezły sarkazm.
- To moja wina, że za tobą tęsknie i wciąz myśle o tobie i nie mogę wybić sobie tego wszystkiego z głowy?! - wystarczyło kilka sekund i już leżeliśmy na ziemi zdzierając z siebie na wzajem ubrania. Mieliśmy kilka godzin, nie musieliśmy się spieszyć, ale tak bardzo byliśmy siebie spragnieni, że zrobiliśmy to niemal natychmiast. A potem znowu i jeszcze raz. Wszystko na gołej podłodze.
Po wszystkim leżeliśmy obaj obok siebie przodem i wpatrywaliśmy się sobie w oczy normując oddechy. Jakoś nie czułem wyrzutów sumienia.

24 stycznia 2014

Jak Yink i Yank. 3 cz. II

Rozdział 3, cz. II

"Reden"

- Bardzo zgrabny tyłek.
Tak jak mówiłem wcześniej z resztą. Nie chciałem dzieciaka urazić, ale nie jest pełnoletni, a moim zadaniem jest go chronić, przynajmniej do tej 18stki. Ja nic innego nie staram się w tej chwili robić.
Babcia. Tak, ta która w bidulu odwiedziła go raptem raz. No tak, ale to przecież korzonki. Pff! Ale ty, kretynie, przecież też go nie odwiedziłeś, ani razu. Więc może lepiej się zamknij, Tom. Gadam już do siebie, niedobrze.
Westchnąłem i usiadłem przy stole. Nasza znajomość nie zaczęła się zbyt różowo. Były jednak małe przebłyski (uśmiech dinozaura xD) Wtedy w łazience sytuacja może rzeczywiście nie należała do zbyt komfortowych, przynajmniej dla niego. Ale ten śliczny, jędrny pośladeczek teraz... Mmm... Boże, chłopie o czym ty myślisz? Jakby nie było to twój brat, cepie! Znowu gadam do siebie. Dobra, jutro mu wytłumaczę, że nigdzie nie mam zamiaru go oddawać. Powiedziałem mu, że ma wolne do końca tygodnia, ja też sobie wziąłem. Żeby trochę z nim pobyć. Śmierć rodziców i te pierdoły. No dla niego może nie takie pierdoły, ale dla mnie to żadni bliscy. Pojechałem na ten pogrzeb tylko po to, żeby ich wszystkich sobie obejrzeć. I co widzę? Braciszka. 4 lata po ty, jak mnie się pozbyli sprawili sobie drugiego. No, ale dzieciak przecież niczemu winny. Chciałem go poznać. Jak widać, charakterek ma. Może nawet jest troche podobny do mnie. Dobra, trochę BARDZO podobny do mnie.
Kto by pomyślał, mam młodszego brata z zajebiście seksownym tyłeczkiem. Chyba coś za często myślę o jego tyłeczku. Źle z tobą, Tom. Może to dlatego, że jestem gejem. Albo dlatego, że go nie znam. Może mimo woli traktuję go jako potencjalnego pasywnego...
- Jezu. - mruknąłem łapiąc się za głowę. Coś mi się wydaje, że będzie ciekawie.
Następnego dnia poszedłem go obudzić. No kurde, ja też lubię sobie pospać, ale bez przesady, to już 11! Wszedłem do jego pokoju bez pukania. Jeszcze się nie przyzwyczaiłem, że mam lokatora. Leżał na brzuchu i spał smacznie z kołdrą rozwaloną w nogach. Od razu w oczy rzucił mi się ten jego tyłek. Co prawda ukryty pod piżamką, ale na pierwszy rzut oka chyba cienką... Nie mogłem się powstrzymać i podszedłem do jego łózka. Przysiadłem na nim ostrożnie i popatrzyłem sobie na niego. Wyglądał naprawdę słodko. Zagryzłem dolną wargę z kolczykiem i delikatnie przyłożyłem dłoń do jego pośladka. Tak jak myślałem, cieniuśki materiał. Ale tyłeczek mięciuśki. Pogładziłem go przez chwilę, a potem on zamruczał. Znieruchomiałem. Jeśli on się w tym momencie obudzi, wyjdę na jakiegoś wyjątkowo zboczonego pedofila. Zabrałem szybko rękę z jego tyłka i szturchnąłem go lekko palcem. Mruknął coś niewyraźnie.
- Billy, dość leniuchowania. - powiedziałem szturchając go znowu.
- Mamo, przestań... -  burknał i śpi dalej.
- Bill. - nachyliłem sie nad nim lekko. - To nie mama. To ja, twój brat Tom. Czas już wstawać chyba nie? - popatrzyłem na niego z odległości kilku centymetrów. Nadal nie raczył się ruszyć. Już zdążyłem pomyśleć, żeby zastosować inny rodzaj pobudki, gdy zobaczyłem pojedynczą łzę spływającą mu z oka. Powiem szczerze, że nie wiedziałem co robić. Myślałem, żeby go jakoś pogłaskać, ale on wtedy poderwał się z łózka. Nie zdążyłem się odsunąc i efekt końcowy był taki, że z boku na pewno wyglądałoby to jakbyśmy się całowali.
Te rozważania przerwał mi sam Bill, kiedy znów się zerwał i chciał chyba zwiać. Chwyciłem go za ramiona, ale nadal się wiercił. Widziałem kolejne łzy na jego policzkach. Odruchowo chyba przytuliłem go do siebie. Jeszcze przez chwilę się wiercił, ale potem znieruchomiał.
- Bill... - zacząłem cicho, ale nie miałem pojęcia co mu powiedzieć. Wyręczył mnie.
- Każdego ranka, kiedy się budzę mam nadzieję, że to tylko zły sen. Że mama zaraz wejdzie i wygoni mnie z łózka tak jak zawsze. Że w ogóle nie zginęli. A potem znowu, jakby od nowa dowiaduję się wszystkiego. Że już ich nie ma. - powiedział drżącym głosem. Poczułem, że coś ściska mnie w gardle. Ten chłopak chyba ma depresję. Pogładziłem go po głowie.
- Bill. - zacząłem znowu. - Moi rodzice też już nie żyją. Też było mi cholernie ciężko. Zawsze jest ciężko. - szepnąłem. - Ale będzie dobrze, zobaczysz. - odsunąłem go od siebie, żeby móc na mnie spojrzeć. - Teraz masz mnie. Nie zostałeś na świecie sam. - pogładziłem go po lekko zaróżowionym policzku. Spojrzał na mnie, a potem gdzieś w bok.
- Ty mnie tu w ogóle nie chcesz. - powalił mnie tymi słowami. Zaczerpnąłem głęboko powietrze.
- Billy, głuptasie, chcę cie. - Boże, jak to zabrzmiało. - Gdybym cię tu nie chciał to bym cię tu nie wziął. Mimo wszystko jesteś moim młodszym bratem, muszę i chcę się tobą zaopiekować. - spojrzał na mnie znowu tymi załzawionymi oczami. Po czym tak po prostu się przytulił. Pogładziłem go po plecach.
- Jesteś cudownym bratem. Chociaż w ogóle cie jeszcze nie znam. - stwierdził. Uśmiechnąłem się na te słowa.
- Cieszę się, że tak uważasz. A teraz wstawaj, szykuj się, zrobię ci coś na... obiad. - no tak, toż to już południe. Uśmiechnęliśmy się tym razem oboje. Nie powiem, całkiem przyjemnie było trzymać tego małego w ramionach. Zaczynam patrzeć na niego tak, jak nie powinienem na pewno. Może jednak trzeba by było go oddać... Nie chciałem, żeby był jeszcze bardziej skrzywdzony. Coś mi jednak na to nie pozwalało. Chciałem mieć tego czarnulka przy sobie bez względu na wszystko.

Tom.

23 stycznia 2014

16. Koszmar

Tom

Bill wyleciał z naszego domu niemal natychmiast. Próbowali go zatrzymać, ale tylko pokazał im fucka. Wykrzykiwali za nim jakieś brednie. Ja nie ruszyłem się z miejsca. Wiedziałem doskonale co nim tak wstrząsnęło. W końcu czułem dokładnie to samo. Jeszcze chwilę temu naśmiewaliśmy się z tego, że mamy urodziny w tym samym momencie, a teraz... Dowiedzieliśmy, że to z czego się nabijaliśmy jest prawdą. Że jesteśmy bliźniakami. Tego było za dużo jak na mnie.
Bill, który był dla mnie kimś najważniejszym, którego pokochałem, z którym sypiałem... okazał się być moją najbardziej bliską rodziną jaka może być. Bliższej już chyba nie ma. Wiedziałem, że teraz będziemy przechodzić piekło. To o czym powiedzieliśmy sobie wcześniej wydało mi sie teraz takie śmieszne... Że cokolwiek by nam nie powiedziano, zawsze będziemy sie kochać i być razem. Być realnie postawionym w takiej sytuacji to zupełnie co innego. Jak my mogliśmy wtedy myśleć o tym, żeby dalej to ciągnąć? Moi rodzice próbowali mnie pocieszać, mówili, że przecież już się tak dobrze ze sobą dogadujemy, na pewno teraz zbliżymy się do siebie jeszcze bardziej. Problem w tym, że bardziej zbliżyć już się nie mogliśmy. Ale oni o tym nie wiedzieli. Wiedziałem doskonale, nie byłem na tyle głupi, żeby mieć nadzieję, że teraz to początek końca. Uzmysłowiłem sobie, że nawet jesli Bill ochłonie i uzna z jakiegoś powodu, że nasze pokrewieństwo w niczym tu nie zawadza, to ja się nie będę mógł na to zgodzić i jednocześnie żyć zgodnie z własnym sumieniem. Naprawdę chciałem wtedy zniknąć. Nie mogłem uwierzyć, że oni wszyscy mają czelność teraz patrzeć mi w oczy. Mama nadal coś dukała, a ja już miałem tego dość.
- Walcie sie. - powiedziałem ochrypłym głosem i wstałem od stołu. Zapanowała cisza. Pewnie dlatego, że nigdy wcześniej nie zwracałem się w ten sposób do rodziców. Tyle, że to już nie byli moi rodzice. Powoli zaczynałem oskarżać ich o zniszczenie czegoś, co było dla mnie najcenniejszym skarbem. Myśleli, że oddadzą mi cząstkę mnie, którą dawno utraciłem, a tak naprawdę bezpowrotnie mi ją odebrali. Znienawidziłem ich w jednej chwili.

Bill

Biegłem przed siebie nawet nie wiedziałem dokąd. Kiedy się zatrzymałem zdałem sobie sprawę z bólu jaki rozrywał mi płuca. Co tam ból, ten ból to nic. Usiadłem gdzieś na jakimś krawężniku i wplotłem ręce we włosy. Dyszałem cięzko po części ze zmęczenia, po częsci z powodu tych rewelacji. Nie wierzyłem w to. Tom nie mógł bym moim bratem, przecież to mój chłopak. Mój chłopak nie może być moim bratem. Zacząłem szarpać sie za włosy i wrzeszczeć. Do bólu klatki piersiowej doszedł jeszcze ten na głowie. Ale chciałem, żeby bolało. Ból fizyczny chociaż po części zagłuszał ten wewnętrzny. Miałem ochotę się na kimś wyżyć. Na szczęscie każdego przechodnia, nikt tamtędy nie przechodził. Chyba bym zabił, gdyby ktoś mnie zaczepił...
Wyleciałem z domu nawet się za siebie nie oglądając. Pewnie już mnie szukali RODZICE. Parszywi...! Nie są moimi rodzicami i nigdy nie byli, i już nie będą. Jak mogli... jak mogli nas rozdzielić... Teraz miałem dowód na to, że nie zwariowałem, kiedy myślałem o tym co czułem kilka miesięcy temu. Ktoś naprawdę coś mi odebrał. Myśleli, że robią nam przysługę?! Nie mam pojęcia co oni sobie myśleli... Że padniemy sobie wszyscy w ramiona?! Jak w 'Zerwanych Więziach'?! To nie jest talk show! To jest życie! Najpierw nas rozdzielili, a teraz... Teraz na zawsze nas rozdzielili. Bo nie będzie już tak jak przedtem. Tom na pewno się na to nie zgodzi...
A ja? Ja go kocham. Bez względu na wszystko. Przeczesałem dłonią włosy czując całkowitą bezsilność. Chciałem go nawet błagać, żeby to się nie kończyło... ale przecież nie miałem do tego prawa. Należało to zakończyć i najlepiej wyprowadzić się gdzieś, żeby nie mieć ze sobą, żadnego kontaktu. Ale ja nie mogłem. Wiedziałem, że ja na pewno tego nie zakończę. On będzie musiał to zrobić. Nie wiem czy się po tym pozbieram, pewnie nie... Ale wątpiłem, że to wszystko zakończy się inaczej. Wiedziałem, że to koniec.

Tom

Siedziałem zamknięty na klucz w swoim pokoju, od kiedy ojciec próbował zakłócić mój powierzchowny spokój. Nie rozumieli, dlaczego zareagowałem aż tak źle. I się nie dowiedzą. Byłbym skończonym idiota, gdybym im o tym opowiedział. Musiałem rozwiązać to sam z Billem. Który gdzieś przepadł. Martwiłem się o niego, był taki delikatny... Zdecydowałem, że muszę go poszukać. Uszykowałem się w tempie expresowym i wyszedłem z domu nie reagując kompletnie na żadne okrzyki tych dwóch ludzi. Nie zajęlo mi to dużo czasu.
- Bill! - krzyknąłem natychmiast, gdy spostrzegłem go siedzącego na chodniku. - Nic ci nie jest? Martwiłem się strasznie... - spojrzałem na mnie oczami pełnymi bólu. Jak tylko do niego doleciałem od razu przy nim kucnąłem i objąłem ramionami. Teraz ściskał moją rękę.
- Co teraz będzie, Tom? - zapytał cicho. Popatrzyłem tylko na niego. Bo co miałem mu powiedzieć? - Tom? - ścisnął mnie mocniej. Odwróciłem od niego wzrok. - Tommy, nie możesz mnie zostawić! Słyszysz?
- Bill, nie zostawię cie... - powiedziałem cicho. Bo taka była prawda, ale nie w tym sensie w jakim on to zrozumiał.
- Tommy! - wtulił się we mnie mocno prawie mnie dusząc. - Kocham cię... - szepnął.
- Bill - teraz ja szeptałem. Spojrzał na mnie. Chciał mnie pocałować. - Nie... - odsunąłem się. Nie mogłem znieść jego wzroku.
- Dlaczego?
- Bill, zrozum...
- Co mam zrozumieć?! - wyrwał mi się. - Mówiłes, że mnie kochasz! Że byś mnie nie zostawił! - darł sie i nawet nie zwracał uwagi na to czy ktoś to słyszy.
- Bill, ciszej...
- Co, bardziej cię obchodzi to czy ktoś to usłyszy?! Bardziej interesuje cie to co kto sobie o tobie pomyśli?!
- Nie...
- Zamknij się! - zadyszał się od krzyku. - Widzę teraz tą twoją pieprzoną miłość! Dopóki wszystko wyglądało sielankowo to było super, tak? A gdy pojawiają się jakieś komplikacje, to od razu sie wycofujesz, tak?! Do pieprzenia byłem dobry, a teraz...
- Uspokój się! - podniosłem na niego głos.
- Sam się uspokój!! - wrzasnął na mnie. Podleciał do mnie i zaczął mnie popychać, szarpać. Nie wiedziałem, że on ma tyle siły kiedy sie wkurzy. W każdym bądź razie przez moment nie mogłem go uspokoić. W końcu odruchowo strzeliłem go w pysk. I od razu tego pożałowałem.
Złapał się za policzek i znieruchomiał tak jak stał. Chyba go tym zaskoczyłem, nigdy go nie uderzyłem.
- Bill, przepraszam... - przytuliłem go tak jak stał. Nawet nie drgnął. Nie rozluźnił się tak jak to zwykle bywało. Potrafiliśmy się nieźle pożreć, ale kiedy go wtedy przytulałem, wszystko odchodziło w niepamięć i już było dobrze. Teraz tak nie było.
Odsunąłem się nieco od niego, żeby na niego spojrzec. Nie patrzył na mnie.
- Bill. - odsunąłem rękę od jego twarzy i pogładziłem go po policzku a potem go pocałowałem. Nie drgnął. Czułem, że to zły omen.
- Puść mnie. - powiedział pewnym stanowczym głosem.
- Bill, proszę cię... - i wtedy poczułem że lecę do tyłu. Oszołomiony upadłem na tyłek. Popatrzyłem na niego z dołu.
- Z nami koniec. Tak jak chciałeś. - warknął i poszedł szybkim krokiem przed siebie. Patrzyłem za nim... i nawet nie pisnąłem. Chciałem, ale powstrzymałem się. Wiedziałem, że inaczej to się skończyć nie mogło.

Jak Yink i Yank. 3.

Rozdział 3.

"Reden"


Nie podobał mi się ten jego uśmieszek, tak szczerze powiedziawszy. Po chwili położyłem swoją piżamę na odpowiednie miejsce i wszedłem pod prysznic. Dziwnie się poczułem. W pierwszej chwili nie wiedziałem dlaczego, ale zaraz się zorientowałem. Kabina była prawie całkowicie przezroczysta, gdyby ktoś teraz wszedł do łazienki zobaczyłby wszystkie szczegóły. Ale kto niby miałby tu wejść, pomyślałem zaraz, przecież tu jest tylko Tom. I ma swoją łazienkę...
Zgrzyt otwieranych drzwi.
- Młody, tu masz dodatkowy ręcznik... - usłyszałem tylko. Odwróciłem się do niego od razu i to chyba był błąd. Ręcznik wypadł mu z ręki i bezgłośnie upadł na podłogę. A on stał sobie i gapił sie na mnie w najlepsze z rozdziawioną gębą. Popatrzyłem najpierw na niego, a potem na siebie. Pisnąłem cicho i rozpaczliwie próbowałem zasłonić sobie krocze rękami. Nie było to jednak takie proste, gdyż mój mały przyjaciel postanowił z tylko sobie znanego powodu nagle zesztywnieć. Stałem przed Tomem za wszelką cenę chcąc ukryć lekki wzwód, który się powiększał. Chociaż nie miałem pojęcia dlaczego, ale wiedziałem za to, że jestem czerwony jak burak. Tom lustrował wzrokiem moje ciało. On mnie po prostu otaksował! Jak jakąś dziewczynę! Nie no, o czym ja mówie, jestem jego bratem! Ale ten jego wzrok, palił mnie tam, gdzie spojrzał. Patrzyłem na niego z przerażeniem wymalowanym na twarzy.
- Fajny tatuaż. - stwierdził oglądając teraz moją gwiazdkę tuż nad biodrem. Po chwili jego wzrok zjechał na moje dłonie nie dające już rady erekcji. Ale kurde, dlaczego?! Przecież to nie miało nic wspólnego z podnieceniem! To wstyd i nic więcej.
Dostrzegłem na twarzy Toma nikły uśmiech, jakby zadowolenia. I niby z czego?
- Tom, wyjdź. - wydusiłem w końcu z siebie. Uniósł brew do góry.
- No, nie bądź już taką cnotką, przecież mamy to samo...
- Wyjdź. - powtórzyłem. Zaraz się rozpłaczę, pomyślałem. Zaśmiał się.
- Dobra, dobra, już sobie idę. Ale przed bratem nie musisz się wstydzić. Poza tym, może bym ci jakoś pomógł. - zamknął za sobą drzwi rechocząc. Stałem tam jeszcze z wywalonymi gałami, nie wiedząc o co mu chodziło. Skonsternowany w końcu się umyłem i założyłem... podomkę. Może to dziwne u chłopaka, ale ja lubiłem pochodzić w niej przez parę minut, zamiast drażnić wrażliwą skórę twardym ręcznikiem. Wziąłem piżamę i udałem się na boso do swojego pokoju. Zawsze tak robiłem, troche nie pokoleji, ale tak byłem przyzwyczajony. Zamknąłem za sobą drzwi i zabrałem się za łózko. Było duże, wystarczyło tylko odgarnąć koc i już siedziałem pod pierzynką. Zapaliłem sobie małą lampkę nocną stojącą obok i wygramoliłem sobie książkę. Fantasy, uwielbiałem. Zdążyłem przeczytać jeden rozdział, trochę ochłonąć i przede wszystkim wyschnąć, kiedy usłyszałem Toma z dołu.
- Bill! - krzyknął. Spojrzałem na drzwi i zapominając, że miałem na sobie tylko podomkę, zszedłem na dół. W kuchni go nie było, wszedłem głębiej i wtedy...
- Sexy. - usłyszałem tuż przy uchu. Pisnąłem znowu i podskoczyłem w miejscu przestraszony. Spojrzałem na niego z walącym sercem. Zaśmiał się i wszedł do środka. - Nie bój się tak. Nic się nie stało. - stwierdził.
Oddychałem głęboko patrząc na niego. I w tej chwili uzmysłowiłem sobie, że nie mam na sobie nic oprócz tej podomki.
- Chciałeś coś konkretnego? - zapytałem głosem nieco wyższym niż zwykle. Uśmiechnął się znowu. Zachowywał się tak, jakby takie sytuacje zdarzały się u niego w domu na co dzień.
- Tak. - przyznał z tym samym uśmiechem. - Pomyślałem, że dobrze by było gdybyś coś zjadł zanim pójdziesz spać. - wpakował sobie gofra do ust.
- Gofry! - sam aż się uśmiechnąłem.
- Chyba lubisz sądząc po twojej minie. - zauważył znów taksując mnie wzrokiem. Spojrzałem na niego.
- Dlaczego tak na mnie patrzysz? - zapytałem w końcu.
- Bo mi się podobasz. - oznajmił. Oczy prawie wyszły mi z orbit.
- C-co?
- No co 'co'?
- No jak to, przecież jesteśmy rodzeństwem...
- I co z tego?
- Nie mogę ci się podobać. - znów się uśmiechnął.
- Billy. po prostu stwierdziłem fakt, nic więcej. Masz bardzo zgrabny tyłek. - już nie wiedziałem co się dzieje. - Nie rób takiej miny, młody. - zaśmiał się. - Siadaj, zjedz coś i możesz lecieć do siebie. Nie bój się, nie będę cię podrywał. - dodał chichocząc. Usiadłem ostrożnie przy stole, po chwili dostałem ciepłą herbatę.
- Dziękuję. - powiedziałem cicho. Po raz kolejny zobaczyłem jak się uśmiechnął. - Jesteś gejem? - zapytałem ni stąd ni z owąd. Spojrzał na mnie tak sucho, spuściłem głowę.
- Dlaczego pytasz? - zadał pytanie popijając ze swojego kubka.
- Przepraszam, nie powinienem...
- Nie, nic się nie stało, tylko dlaczego pytasz? - powtórzył.
- Powiedziałeś, że mam zgrabny tyłek. - zaśmiał się głośno.
- Powiedziałem, że masz BARDZO zgrabny tyłek.
- To jedno i to samo.- mruknąłem.
- Nie. To zasadnicza róznica. - powiedział zjadając kolejnego gofra. Zrobiłem minę typu "Niech ci będzie."
- Nie zmieniaj tematu.
- Nie zmieniam, to jest wszystko jak najbardziej na temat. - zaśmiał się znowu i znowu wepchnał sobie gofra do ust. - Ty jedz, a nie dyskutuj, młody, bo ci wszystko zjem.  - powiedział z innej beczki. - Poza tym jest już późno, za chwile masz leżeć grzecznie w łóżeczku. Sprawdzę. - poruszył zabawnie brwiami.
- Przecież jest jeszcze wcześnie. - odezwałem się tak jak za każdym razem mówiła mi to mama. Chyba umówili się na tą godzinę 11. Tom bez słowa wskazał mi palcem zegar na ścianie. Spojrzałem i widzę... no tak, 11. Odwróciłem się do niego z naburmuszoną miną.
- Chciałem jeszcze poczytać książkę.
- A co ja ci dzisiaj powiedziałem, młody?
- To mówiłeś o komputerze, nie o książce. - zauważyłem zaczepnie.
- Billy. - zaczął opierając się rękami o stół. - Widzimy się dopiero pierwszy dzień, nie przywykłem do wychowywania dzieciaków, więc weźże mnie ten jeden raz posłuchaj, dobrze...
- Widać, że nie przywykłeś. - odszczeknąłem się. - Gdybyś miał o tym jakiekolwiek pojęcie, zauważyłbyś, że ja już nie potrzebuję takiego wychowania, mam 17 lat. - wstałem. - Poza tym, jeśli nie chciałeś brać do siebie dzieciaka, mogłes tego nie robić. - ruszyłem do drzwi nie przejmując się nawet tym, że rombek podomki zadarł mi się na tyłku ukazując jędrny pośladek. - Moja babcia z chęcią by cię odciązyła. - mruknąłem wychodząc z kuchni. Szczerze, nie obchodziło mnie czy cokolwiek sobie z tego zrobił. Widać było, że jestem dla niego tylko kłopotem, który próbował umniejszyć do absolutnego minimum.

Bill.